niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 4

     Hejka, mam nadzieję, że ten rozdział Was specjalne nie zawiedzie...Miłego czytania :)

---------------------------------------------------------------------------------
     Minęły dwa tygodnie, podczas których rzuciłam się w wir pracy, by jak najrzadziej widywać Rona. Od czasu przyjęcia między nami się nie układało. Nawzajem się unikaliśmy. Coraz częściej się zastanawiałam, jak to będzie po ślubie. Jak długo wytrzymamy? Czy będziemy się mijać przez kolejne pięćdziesiąt lat, żeby się nie kłócić? A może Ron miał rację? Może byłam idiotką, wierząc w przemianę Malfoya? Nie mogłam tak myśleć teraz, gdy się tak dobrze dogadywaliśmy. Ale musiałam doprowadzić swój związek do zgody.
     Był 19 września, moje dwudzieste dziewiąte urodziny. Chciałam uniknąć wielkiej imprezy, ale Blaise zarządził "małe spotkanie" u siebie w domu. Broniłam się rękami i nogami, dopóki szatyna nie poparła moja najlepsza przyjaciółka. Obiecała zaprosić wszystkich znajomych ze szkoły. Jakoś za dobrze się zgrali, jak na mój gust.
     Na godzinę przed przyjęciem suszyłam włosy, jednocześnie myjąc zęby. Ron chodził to po pokoju, to po łazience. Był jakiś dziwnie nieswój. Cały czas miałam wrażenie, że coś chce mi powiedzieć. Na pewno chce przeprosić - pomyślałam, patrząc na jego odbicie w ogromnym lustrze. Gdy tylko chłopak opuścił zajmowane przeze mnie pomieszczenie, zamknęłam drzwi na klucz i zaczęłam wkładać naszykowane wcześniej sukienkę, buty i biżuterię.Zrobiłam mocny makijaż. Na chwilę przed 20 weszłam do sypialni. Siedzący na fotelu Ron, nawet na mnie nie spojrzał. Westchnęłam ciężko i chwyciłam torebkę.
- Rusz się, Ron, bo się zaraz spóźnimy.
     Chłopak nadal milczał. Pozostał w tej samej pozycji, co dwie minuty wcześniej. Zaczęłam się martwić, że coś się stało w pracy. Weasley wydawał się być zagubiony. Podeszłam do niego i położyłam jedna dłoń na  ramieniu narzeczonego. Drgnął niespokojnie i odepchnął moją rękę. Poczułam się okropnie.
- Stało się coś? - Spytałam łamiącym się głosem.
- Oczywiście, że nie - odparł rudzielec. Jego nastrój diametralnie się zmienił. Z głębokiego zamyślenia w przypływ entuzjazmu. Dobrze wiedziałam, że to tylko na pokaz. W moim sercu czaił się żal do ukochanego. Nie wiedziałam, dlaczego mnie tak traktował.
- Czy tak ma wyglądać reszta naszego życia? - Wypowiedziałam na głos pytanie, które dręczyło mnie od wielu dni. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak wiele dzieli mnie i Rona, a mimo to zależy mi, by z nim być. Kochałam go. Był moją pierwszą prawdziwą miłością i nie wyobrażałam sobie życia bez niego. - Ron, czy już zawsze będziemy żyć obok siebie, a nie ze sobą? Będziemy się mijać w kuchni, mówiąc sobie zdawkowane "cześć" nie okazując przy tym żadnych uczuć? Ja tak nie chcę.
- I nigdy tak nie będzie - zapewnił Weasley. Objął mnie zaborczo w pasie i pocałował. Chwilę później teleportowaliśmy się do domu Blaise'a. Powoli i z uśmiechem przeszłam przez szklane drzwi. W środku bawili się głównie Gryfoni z mojego rocznika i kilku innych znajomych z Hogwartu. Dostrzegłam Lunę z Nevillem w kącie pokoju. Byli szczęśliwi jako para i po części im tego zazdrościłam. Po drugiej stronie Dean wesoło rozmawiał z Parvati i Seamusem Finniganami. Oni również nie sprawiali wrażenie zadowolonych z życia. Dean, który był drugim mężem Ginny, nie sprawiał wrażenia załamanego. Rozstali się cztery lata temu i był to najdłuższy związek ich obojga. Do dziś się nie dowiedziałam, co ich podzieliło. Nie miałam jednak czasu na zastanawianie się, bo do mnie podbiegła niska dziewczyna z burzą blond włosów w groszkowej opasce.
- Hermiona! - Pod wpływem uścisku omal nie upadłam. - Mionka, tyle czasu się nie widziałyśmy. Trzeba to nadrobić. W końcu jesteśmy przyjaciółkami. A wogóle, to wszystkiego najlepszego! - Lavender wcisnęła mi do reki niewielką paczuszkę. Otworzyłam ją. W środku były perfumy. Lawendowe.
- Dziękuję, Lav - odparłam sucho, gdy wreszcie blondynka dała mi dojść do słowa.
      Nie rozumiałam do końca, co ona tu robiła. Stwierdzenie, że za nią nie przepadałam byłoby niedopatrzeniem. A ona śmiała twierdzić, że jesteśmy przyjaciółkami. Ostatni raz spotkałyśmy się trzy lata temu w Dziurawym Kotle i to przypadkowo. Wtedy bardzo chciałam wyjść z baru i uwolnić się od tej pustej lalki. Teraz również.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że wreszcie się spotykamy. Od ostatniego raz minęło tyle czas. Opowiadaj, co tam u ciebie?
     Ron wydawał się być spięty, a jego dłoń coraz mocniej zaciskała się na moim biodrze. Jak widać, nie tylko mnie denerwowała gadanina Brown. Eks Weasleya co chwilę na niego zerkała zalotnie. Powinno mnie to dziwić, ale ona zawsze miała takie spojrzenie. Starałam się zachować spokój, mimo, iż chciałam się stąd jak najszybciej wyrwać.
- Lav, miło było cię spotkać, ale muszę pilnie znaleźć Harry'ego.
     Moja wymówka była żałosna. Dobrze o tym wiedziałam, ale nie mogłam już słuchać czczej paplaniny blondynki. Uciekłam, zostawiając dwoje byłych Gryfonów razem. Po kilkunastu minutach wysłuchiwania życzeń, odbierania prezentów i opowiadania o swoim życiu, znalazłam czarnowłosego przyjaciela. Na mój widok twarz bruneta rozjaśnił uśmiech.
- Dowiedziałeś się czegoś? - Spytałam prosto z mostu.
- Herm, nawet w swoje urodziny musisz myśleć o pracy? -Zaśmiał się chłopak.
- Harry, ja ma prawie trzydzieści lat. Jeśli teraz nie pomyślę o pracy, to kiedy? Poza tym na imprezy miałam czas kilkanaście lat temu. Lepiej mów, czy się czegoś dowiedziałeś? - Ponagliłam.
     Potter pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
- Niestety. John ma objawy niczym ofiara Cruciatusa, ale nie dotarło do nas zgłoszenie o użyciu Zaklęć Niewybaczalnych.
- Czyli to wykluczamy. Nie znam zaklęcia działającego w ten sposób.
- Ja też nie. Przykro mi, Hermiono - w oczach przyjaciela ujrzałam prawdę i smutek. Żałował, że nie mógł pomóc koledze po fachu. Ja też chwilowo miałam związane ręce.
- No cóż - mruknęłam.- Będę nad tym pracować dalej.
- Nie mówmy dziś o pracy - wesoły Blaise zaczął odciągać mnie od Pottera. - Hermi, goście chcą już śpiewać "Sto Lat". Gdzie twój rudziasty chłopak?
     Rozejrzałam się wokół. Gdzieś tu powinien być - pomyślałam. Ale nie odszukałam go wzrokiem.
- Znajdę go - zapewniłam wyswobadzając się z uścisku szatyna. Pierwszą propozycją, gdzie może być narzeczony, był ogród. Tam też postanowiłam najpierw pójść. Dotarłam do szklanych drzwi i delikatnie je uchyliłam. Już od progu dobiegły mnie czyjeś ciche, podekscytowane głosy. Nie ujawniając swojej obecności, zaczęłam się przysłuchiwać rozmowie pary.
- Już jej powiedziałeś? - Spytała kobieta.
- Skarbie, zrobię to jeszcze dziś - oznajmił tyczkowaty mężczyzna. W ciemności nie widziałam jego twarzy, tylko zarys sylwetki. - Już niedługo będziemy razem. Obiecuję.
     Para złączyła się w namiętnym pocałunku. Przesunęli się na tyle, że zdążyłam ujrzeć skrawek ich twarzy. Mrugnęłam kilka razy powiekami, bo wydawało mi się, że mam przywidzenia. Nie chciałam, żeby to była prawda, ale dowód miałam jak na dłoni. Ostatnie kilka miesięcy przewinęło mi się przed oczami, a ostatnia scena, jednocześnie rozgrywająca się przede mną, była dla mnie szokiem.
- Ron? - Spytałam głucho, tępo patrząc w przestrzeń za dwojgiem ludzi. 

sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 3

- Naprawdę nie rozumiem, czemu nie chcesz ze mną iść. Przecież znasz Blaise'a - zawołałam do Rona z łazienki. Przez na wpół otwarte drzwi widziałam, jak zawzięcie pisze sms-y.
- Jestem dziś zajęty. Mogłaś wcześniej mówić, że wychodzisz - odparł rudy. Nawet na mnie nie spojrzał. Poczułam się urażona jego lekceważącym zachowaniem..
- Jak, skoro o niczym nie wiedziałam? - Wchodząc do sypialni, podeszłam do narzeczonego i zamknęłam mu telefon. - Mógłbyś przestać już pisać? Bo jeszcze pomyślę, że mnie zdradzasz.
     Chłopak popatrzył na mnie tak szeroko otwartymi oczami, że mogłam spokojnie podziwiać jego brązowe tęczówki. Wyraz twarzy Weasleya sprawił, że zrobiło mi się głupio z powodu tych bezpodstawnych oskarżeń. Jak ja mogłam pomyśleć, że on mnie zdradza? To aż niedorzeczne. Oczywiście, Ron bardzo wyprzystojniał przez ostatnie kilka lat i zdawałam sobie sprawę, że oglądało się za nim wiele kobiet, ale miałam pewność, że on kocha mnie. I tylko mnie.W tej samej chwili udowodnił to chwytając mnie za biodra i przyciągając do siebie. Jego usta wpiły się w moje z nieznaną mi dotąd żarłocznością. Nawet nie zauważyłam, kiedy leżałam pod rudzielcem na dużym łóżku. Ku mojemu niezadowoleniu mężczyzna się odsunął na zbyt duża odległość. Oczy mu się świeciły  z pragnienia. Czułam, jak policzki mi płoną.
- Obiecuję, że przyjdę potem, dobrze? - Skinęłam głową. - I na Boga, włóż coś innego, bo nie chcę, by jakiś tam Blaise czy inny doktorek się na ciebie patrzył w taki stroju.
     Nie wiedziałam, o co mu chodziło. Miałam na sobie zwykłą, kremową sukienkę i buty pod kolor. Nic nadzwyczajnego. Mój strój nie był ani wyzywający, ani zbyt wycięty, ani nawet za skąpy. Po prostu dobrany wprost na spotkanie ze znajomymi.
- Nie mam czasu - zawołałam wyswobadzając się z uścisku Rona. Pocałowałam go szybko i wybiegłam z sypialni. Po drodze jeszcze chwyciłam małą torebkę. Teleportowałam się z holu wprost do ogrodu Zabiniego. Wokół było pusto. Przeszłam przez przeszklone drzwi do ogromnego salonu. Pomieszczenie urządzone było w kolorach beżu, jasnego brązu i elementami czerni. Tyle razy byłam w tym pokoju i za każdym razem składałam ciche gratulacje wynajętej przez właściciela domu dekoratorce.
- O, Herm, jesteś wreszcie! - Blaise zamknął mnie w swoim niedźwiedzim uścisku. - A gdzie twoja gorsza połówka?
     Na wspomnienie o gorszej połówce naburmuszyłam się. Nie lubiłam, gdy Blaise tak nazywał mojego narzeczonego. Jaki by nie był, był mój. Zauważyłam, że stojący nieopodal Malfoy uniósł zabawnie brew. Starałam się na niego nie patrzeć.
- Ron wpadnie później - wytłumaczyłam szybko.
- A gdzie moja lepsza połówka? - Dopytywał się ciemnoskóry.
- Eeee... - Malfoy zrobił mało inteligentną minę. - Blaise, ty nie masz żadnej połówki - zauważył blondyn.
- Ależ mam! - Oburzył się Zabini. - Tylko ona jeszcze o tym nie wie - dodał konspiracyjnym szeptem.
     Zaczęłam się zastanawiać, jak Blaise ma zamiar zdobyć Ginny. W szkole nie byłoby to trudne, ale to nie Hogwart. Studenckie, beztroskie czasy się skończyły. Każdy z nas się zmienił. Weasleyówna również. Przez swoje życiowe motto "do trzech razy sztuka" miała za sobą trzy nieudane małżeństwa. Po ostatnim mężu, alkoholiku, oznajmiła wszem i wobec, że nie zamierza kolejny raz zaufać facetowi w sprawach miłosnych. Zamknęła swoje serce, nie okazywała żadnych głębszych uczuć, odpychała kolejnych adoratorów i każdego z góry traktowała jak kogoś jej nie wartego. Mimo własnych przeżyć cieszyła się ze szczęścia mojego i Rona, nie skazywała naszego związku z góry na porażkę. Ba, ciągle powtarzała, że będziemy świetną parą i żadne z miłosnych problemów nas nie dotyczy. Kochałam ją za to wsparcie, jakim nas obdarzała.
      Kilka minut po moim przyjściu do domu zaczęła napływać coraz więcej gości. Między innymi moja ruda przyjaciółka. Gospodarz pilnował, żeby żaden z uczestników przyjęcia się nie nudził, ale o Ginny dbał wyjątkowo. Pilnował, by była zawsze w zasięgu jego wzroku i słuchu. Ewentualnie co chwilę zagadywał. Śmiać mi się chciało widząc jego wyraźne zaloty, których Ruda nie dostrzegała, lub nie chciała dostrzec.
     Koło 22 w domu Zabiniego pojawił się Ron. Od razu dostrzegłam jego pomarańczową czuprynę. Niefart chciał, że akurat wesoło rozmawiałam z Draconem. O dziwo nie było to trudne. Mieliśmy kilka wspólnych tematów niezwiązanych z pracą. Mimo wyraźnego niezadowolenia z moich pozytywnych relacji z blondynem, Weasley zrobił dobrą minę do złej gry, chociaż jego ton był sarkastyczny i niepasujący do mimiki.
- Kochanie, gdybym wiedział, że jesteś aż tak zdesperowana, żeby zadawać się z takim dupkiem, przyszedłbym wcześniej - rudowłosy objął mnie zaborczo w pasie i złożył mocny pocałunek na moich włosach. Pachniał dziwnie. Wodą kolońską, potem i lawendą. Odsunęłam się trochę.
- Ron, uspokój się - zrugałam go.
- Panuj nad sobą, Weasley. Chyba dawno nikt cie nie nauczył, jak się odzywa do lepszych - w tym samym momencie Malfoy nie zapanował nad słowami.
- Chyba nie mówisz o sobie, co? - Odgryzł się Ron. - Poza tym nie mówiłem do ciebie, fretko. Rozmawiam z narzeczoną.
     Mina Draco mówiła wyraźnie, co ten myślał o moim związku z rudzielcem.
- Chryste, Granger, to się dopiero nazywa desperacja. Trzeba było się do mnie odezwać. Może bym ci pomógł, kiedy nie było za późno.
- Możemy pogadać? - Weasley złapał mnie za łokieć i wyprowadził do ogrodu. Wokół nikogo nie było. Chłopak z ogromną siłą obrócił mnie w swoją stronę i spojrzał głęboko w oczy. Stałam w pełnym świetle ogrodowej latarni. Za to Ron był niewidoczny z powodu padającego na niego cienia. Ledwo go widziałam. Właściwie tylko zarys szczupłej sylwetki.
- Co jest, Ron? - Poczułam mocniejszy uścisk na łokciu. Zabolało, gdyż powoli był wykrzywiany pod złym kątem tak, by rudzielcowi było wygodniej mnie trzymać. - Auć, Ron, to mój łokieć. To boli! - Cicho zawyłam z bólu.
- Nie ma mnie kilka godzin, a ty już mizdrzysz się do tego dupka? - Warknął wściekły mężczyzna.
- No co ty?! Jak śmiesz? - Oburzyłam się.
- Przecież widzę. W towarzystwie Harry'ego się tak nie śmiałaś, jak teraz. Jak to się stało, że wogóle z nim gadasz?
- Draco... - zaczęłam, ale nie dane mi było skończyć.
- Ach, teraz to Draco. Kiedyś Malfoy, potem tleniona fretka, teraz Draco, a potem co? Dracuś? Kochanie?
     Postanowiłam nie komentować tych śmiesznych podejrzeń. Ron się ośmieszał, a ja nie zamierzałam drążyć tematu. To było poniżające. Nie tylko dla niego, ale i dla mnie.
- Draco jest u mnie na stażu - dokończyłam poprzednią wypowiedź. - To normalne, że się dogadujemy.
     Twarz narzeczonego zdobiło niedowierzanie. Wyglądał jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem, albo zacząć krzyczeć.
- Normalne, że się dogadujecie? - Powtórzył sarkastycznie. - Hermiono, czy ty słyszysz, co wygadujesz? Zapomniałaś już o sześciu latach upokorzenia? Przecież on próbował nas zabić!
     Słowa Weasleya zabolały. To zdarzało się coraz częściej w ciągu ostatniego pół roku. Każdy z uczestników bitwy się zmienił. Niektórzy na lepsze, inni na gorsze. Ja wolałam widzieć w ludziach te dobre cechy. Nawet w Draconie.
- Draco się zmienił. Blaise'owi uwierzyłeś, to dlaczego jemu nie?
- Malfoy to śmierciożerca! - Krzyknął Ronald.
- Już nie! Voldemort nie żyje!
- Ale jego poplecznicy, przynajmniej niektórzy, żyją. Myślisz, że się nie zbierają dalej? Że nie planują odwetu?
- Byliby głupcami - zauważyłam śmiało. - Każdy, kto nadal popiera Voldemorta jest idiotą
- Bo oni są idiotami. I ty także, skoro wolisz śmieciożerców.
- Tego nie powiedziałam
- A właśnie, że tak. Jesteś idiotką, Granger.
       Puściły mi nerwy. Spoliczkowałam narzeczonego z taką siłą, że aż mu głowa odskoczyła w bok. Wściekły Ron opuścił szybko przyjęcie. Zostałam sama na resztę wieczora. Kiedy wróciłam do domu, jego nadal nie było.

niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 2

     Do domu wróciłam sporo po północy. Rona jeszcze nie było, co mnie zaskoczyło. Chłopak zwykle wracał przede mną, a czasem nawet czekał. Może coś mu się stało - pomyślałam ze zgrozą. Postanowiłam się upewnić. Wybrałam w telefonie numer Pottera. Po trzech sygnałach odebrał zaspany.
- Halo?
- Cześć, Harry. Spałeś?
- Przysnęło mi się. Coś się stało? Zwykle nie dzwonisz o tak bezbożnych porach.
- Przepraszam. To może głupie, ale właśnie wróciłam z pracy, a Rona jeszcze nie ma. Zawsze był przede mną.
     Harry nie odpowiadał przez dłuższy czas. Zaczęłam się martwić, że coś się wydarzyło, ale przecież byłam w szpitalu i nikogo nie przywieźli z wypadków, a Potter by mnie powiadomił wcześniej.
- Harry, czemu nie odpowiadasz?
- Zamyśliłem się. Ron pewnie został dłużej w pracy. Ostatnio coraz częściej mu się to zdarza.
     Z namysłem trawiłam słowa przyjaciela. Chłopak wypowiedział je wolno i cicho, jakby bał się ich znaczenia. Wyczułam, że nie mówi mi całej prawdy. Nigdy nie umiał mnie okłamać. Niestety, byłam zbyt zmęczona, żeby podważać wersję Pottera. Podziękowałam za informacje, życzyłam dobrej nocy i się rozłączyłam. Wzięłam prysznic, poszłam do łóżka, leżałam, nie chcąc zasnąć, ale i tak nie doczekałam powrotu narzeczonego.
***
- W ramach naszej wielkiej przyjaźni zapraszam was dziś do siebie na małe spotkanie - oznajmił zadowolony z siebie Blaise. Ja i Malfoy patrzyliśmy z politowaniem na przełożonego.
- Małe spotkanie? - Spytałam z przekąsem. Mężczyzna pokiwał ochoczo głową. - Zabini, mówisz tak co tydzień i każde z tych spotkań kończy się wielką imprezą.
- To wina gości, nie moja - obronił się szatyn. - A wspomnisz o imprezie swojej rudej przyjaciółce?
- Blaise, kanalio, zawsze wiedziałam, że lubisz mnie ze względu na moje chody u Ginny - zaśmialiśmy się. - Tak, wspomnę jej. A teraz muszę iść do pacjentów.
    Otworzyłam drzwi i wyszłam.
- Dziś o 19! - Zawołał za mną Zabini.
     Jako pierwszego miałam odwiedzić rzucającego się pacjenta. Teraz stale był podłączony do eliksirów nasennych. Przynajmniej dopóki nie zidentyfikuję rodzaju rzuconej na niego klątwy. Idąc do jego sali, mijałam przeszklone drzwi za którymi leżeli państwo Longbottom. Przy nich wytrwale, jak co tydzień, siedział Neville. Chciałam odejść, ale chłopak mnie zauważył. Podniósł się z krzesła i wyszedł na korytarz.
- Dziś mają lepszy dzień - zaczął. - Czuję to - skinęłam głową. - Mam wolne. W soboty opuszczam Hogwart, żeby tu do nich przyjść. Mówię do nich, ale nie wiem, czy mnie słyszą.
     Położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Na pewno cię słyszą i doceniają to, co dla nich robisz.
- Hermiono, czy dla nich jest jeszcze jakaś szansa? Czy wyjdą z tego?
     Spuściłam wzrok. Nie chciałam go okłamywać i robić zbędnej nadziei, ani pogarszać jego stanu.
- Neville, wiesz jak jest - zaczęła powoli. - Minęło prawie 30 lat. Jeśli jest szansa to niewielka.
- Dziękuję - zrobiłam zdziwioną minę. - Za to, że mnie nie oszukujesz. Inni uzdrowiciele powtarzają, że trzeba czekać. Ale ja już mam dość czekania.
     Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wszystko wydawało się być banalne. Po prostu pokiwałam głową i zostawiłam byłego Gryfona samego. Weszłam do sali zajmowanej przez aurora. Nadal leżał nieruchomo i patrzył w sufit. Nie spał.
- Co się stało? - Spytałam nie oczekując odpowiedzi. Mężczyzna się nawet nie poruszył. Tylko leżał. Sprawdziłam parametry i podeszłam do drzwi.
- On wróci - usłyszałam chrapliwy głos pacjenta. Spojrzałam na niego, lecz ten pozostał w bezruchu, jak gdyby nigdy nic.
     Szybko wyciągnęłam komórkę z kieszeni fartucha i wybrałam numer Pottera. Drugi raz w ciągu ostatniej doby.
- Co jest, Herm?
- Nie interesuje mnie, co teraz robisz, ale przyjedź do Świętego Munga.
- Stało się coś? - Zaniepokoił się Harry.
- Wczoraj nam przywieźli aurora. Możesz go zidentyfikować? Może też rozpoznasz klątwę.
     Kwadrans później obserwowałam, jak przyjaciel przerażony podbiega do aurora. Był zrozpaczony.
- Nazywa się John Stark. Ma 25 lat, żonę i trzyletnią córeczkę.
- Wiesz, co go trafiło Rozpoznajesz urok?
- Nie - pokręcił głową. - Postaram się to rozpracować. Jeśli się czegoś dowiesz... Zrób wszystko, by mu pomóc. Poinformuję Anne - brunet złapał się za głowę. - Przecież ona się załamie.
- Niech się ze mną skontaktuje w sprawie męża

sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział 1

     Budzik zadzwonił o 4 rano. Zbyt wcześnie, a zarazem zbyt późno. Miałam godzinę na wyjście do pracy. Niestety cały czas rozpraszał mnie cudowny sen. Jego wspomnienie było mgliste, ale i tak lepsze to od conocnych koszmarów.
     Od dwunastu lat, czyli od zakończenia bitwy o Hogwart, miewałam różne koszmary związane z wojną. Ten dzisiejszy sen był na tyle przyjemny, że wypoczęłam jak nigdy. Wiedziałam jedno, ten dzień musi być inny, lepszy.
     Nie chcąc już dłużej o tym rozmyślać, wstałam i skierowałam się po cichu do łazienki. Wiedziałam, że mój narzeczony, Ron, nie lubi, gdy rano hałasuję. Pozwoliłam sobie na chwilę relaksu pod prysznicem i wyszłam owinięta ręcznikiem. Tego dnia postanowiłam się ubrać w kolorze morskim. Żakiet, buty, torebka i pasek, a do tego biała bluzka, granatowe dżinsy i nowy zegarek.
Cieszyłam się, że od pewnego czasu zamiast szopy mam względnie okiełznane włosy. Zostawiłam je rozpuszczone, chociaż wiedziałam, że w pracy je zwiążę. Nim zrobiłam makijaż, umyłam zęby i twarz. Chłodna woda podziałała orzeźwiająco. Dopiero wtedy spostrzegłam, że jest za dziesięć piąta. Wybiegając z sypialni, pocałowałam Rona w policzek. Musiał być zmęczony po nocnej zmianie, skoro nawet nie zareagował, więc nie chciałam go budzić. Wpadłam do kuchni, chwyciłam jabłko, które od razu wylądowało w torbie i teleportowałam się do Świętego Munga.
     Pracowałam na oddziale Urazów Pozaklęciowych jako jedna z najlepszych uzdrowicieli w szpitalu. Lepszy był tylko mój ordynator z którym walczyłam o stołek niecałe pół roku temu. Mimo porażki utrzymywałam z nim pozytywne, wręcz przyjazne stosunki. Zawsze myślałam, że to dupek, ale zmienił się. O tak... Po wojnie każdy z nas się zmienił i żałował wcześniejszych wyborów.
- Cześć, Blaise - przywitałam się wesoło z mijanym, ciemnoskórym przełożonym. Zatrzymał się.
- Proszę, proszę, Granger. Wiesz, że jest pięć po piątej? Spóźniłaś się - zrobił poważna minę.
- Serio? - Przestraszyłam się konsekwencji. Pierwszy raz coś takiego się wydarzyło.
- Luz, Granger. Nie wywalę cię za coś takiego. W końcu jesteśmy przyjaciółmi. No i zszargałbym tym opinię szpitala - mrugnął porozumiewawczo. Uśmiechnęłam się szeroko. - Idź się przebrać. Kwadrans temu przyjąłem aurora, który mocno oberwał jakąś klątwą. Obejrzyj go, bo ja nie mam czasu.
     Skinęłam głową i wykonałam polecenie. Włożyłam biały fartuch, spięłam włosy, a następnie odnalazłam kartę i salę nowego pacjenta. Był to młody szatyn, ale konkursu piękności by nie wygrał. Mężczyzna leżał sztywno , oddech miał płytki, a wzrok utkwiony w suficie. Można by go uznać za martwego, gdyby nie reakcja na moją osobę.
- Nie! nie! Nie podchodź! Nie dotykaj mnie! - Z nieruchomej postaci zmienił się w nieokiełznanego szaleńca. Zaczął się rzucać na łóżku i machać rękami. Uderzenie było nieuniknione. Dostałam w policzek z taką siłą, że odskoczyłam do tyłu. Nie chciałam używać zaklęć uspokajających, ale nie zostawił mi wyboru. Wyjęłam różdżkę zza fartucha, jednak nie byłam zmuszona użyć zaklęcia, bo do sali wpadł wysoki, dość przystojny chłopak o złocistych włosach. Przytrzymał pacjenta podczas, gdy ja otrząsałam się z szoku.
- Cholera, Granger, rusz się po jakieś eliksiry - warknął ledwo dając radę wzburzonemu pacjentowi. Jego mięśnie wyraźnie się zarysowały pod szarym T-shirtem, a ton głosu wydawał się być dziwnie znajomy.
     Wybiegłam do magazynu i chwyciłam eliksiry na uśpienie. Po powrocie wlałam je do ust mężczyźnie. Od razu zasnął. Milczałam, patrząc na wybawcę.
- Tak, Granger. Nie ma za co. Nie dziękuj - zakpił.
- I nie zamierzam, Malfoy.
***
- Ale ja nadal nie rozumiem, co tu robi ta tleniona fretka.
- Wypraszam sobie - zawołał blondyn. - Moje włosy to naturalny blond. Tylko ostatnio troszkę ściemniały.
- Może się przyznasz, u jakiego fryzjera byłeś? - Odgryzłam się.
- Dobrego. Nie stać cię.
- Skończcie! - Zawył Zabini. - Hermiono, Draco będzie u ciebie na stażu. Masz mu pomóc się odnaleźć w szpitalu.
     Blaise powtarzał to już trzeci raz, a ja i tak nie przyjmowałam tego do wiadomości.
- Zabini, jeśli myślisz, że pomogę temu arystokratycznemu idiocie to się srogo mylisz - zwróciłam się do szatyna.
- To nie jest przyjacielska prośba, Hermiono. To polecenia służbowe - oznajmił z dziką satysfakcją.
     Popatrzyłam na nich ze złością i wstałam. Przy drzwiach rzuciłam tylko:
- Rusz się, Malfoy. Chcę widzieć, jak masz dość tej roboty.
- Twoje niedoczekanie, Granger - rzucił zagadkowo blondyn.
***


W moim opowiadaniu Hermiona wygląda tak:


A Draco tak: