sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 3

- Naprawdę nie rozumiem, czemu nie chcesz ze mną iść. Przecież znasz Blaise'a - zawołałam do Rona z łazienki. Przez na wpół otwarte drzwi widziałam, jak zawzięcie pisze sms-y.
- Jestem dziś zajęty. Mogłaś wcześniej mówić, że wychodzisz - odparł rudy. Nawet na mnie nie spojrzał. Poczułam się urażona jego lekceważącym zachowaniem..
- Jak, skoro o niczym nie wiedziałam? - Wchodząc do sypialni, podeszłam do narzeczonego i zamknęłam mu telefon. - Mógłbyś przestać już pisać? Bo jeszcze pomyślę, że mnie zdradzasz.
     Chłopak popatrzył na mnie tak szeroko otwartymi oczami, że mogłam spokojnie podziwiać jego brązowe tęczówki. Wyraz twarzy Weasleya sprawił, że zrobiło mi się głupio z powodu tych bezpodstawnych oskarżeń. Jak ja mogłam pomyśleć, że on mnie zdradza? To aż niedorzeczne. Oczywiście, Ron bardzo wyprzystojniał przez ostatnie kilka lat i zdawałam sobie sprawę, że oglądało się za nim wiele kobiet, ale miałam pewność, że on kocha mnie. I tylko mnie.W tej samej chwili udowodnił to chwytając mnie za biodra i przyciągając do siebie. Jego usta wpiły się w moje z nieznaną mi dotąd żarłocznością. Nawet nie zauważyłam, kiedy leżałam pod rudzielcem na dużym łóżku. Ku mojemu niezadowoleniu mężczyzna się odsunął na zbyt duża odległość. Oczy mu się świeciły  z pragnienia. Czułam, jak policzki mi płoną.
- Obiecuję, że przyjdę potem, dobrze? - Skinęłam głową. - I na Boga, włóż coś innego, bo nie chcę, by jakiś tam Blaise czy inny doktorek się na ciebie patrzył w taki stroju.
     Nie wiedziałam, o co mu chodziło. Miałam na sobie zwykłą, kremową sukienkę i buty pod kolor. Nic nadzwyczajnego. Mój strój nie był ani wyzywający, ani zbyt wycięty, ani nawet za skąpy. Po prostu dobrany wprost na spotkanie ze znajomymi.
- Nie mam czasu - zawołałam wyswobadzając się z uścisku Rona. Pocałowałam go szybko i wybiegłam z sypialni. Po drodze jeszcze chwyciłam małą torebkę. Teleportowałam się z holu wprost do ogrodu Zabiniego. Wokół było pusto. Przeszłam przez przeszklone drzwi do ogromnego salonu. Pomieszczenie urządzone było w kolorach beżu, jasnego brązu i elementami czerni. Tyle razy byłam w tym pokoju i za każdym razem składałam ciche gratulacje wynajętej przez właściciela domu dekoratorce.
- O, Herm, jesteś wreszcie! - Blaise zamknął mnie w swoim niedźwiedzim uścisku. - A gdzie twoja gorsza połówka?
     Na wspomnienie o gorszej połówce naburmuszyłam się. Nie lubiłam, gdy Blaise tak nazywał mojego narzeczonego. Jaki by nie był, był mój. Zauważyłam, że stojący nieopodal Malfoy uniósł zabawnie brew. Starałam się na niego nie patrzeć.
- Ron wpadnie później - wytłumaczyłam szybko.
- A gdzie moja lepsza połówka? - Dopytywał się ciemnoskóry.
- Eeee... - Malfoy zrobił mało inteligentną minę. - Blaise, ty nie masz żadnej połówki - zauważył blondyn.
- Ależ mam! - Oburzył się Zabini. - Tylko ona jeszcze o tym nie wie - dodał konspiracyjnym szeptem.
     Zaczęłam się zastanawiać, jak Blaise ma zamiar zdobyć Ginny. W szkole nie byłoby to trudne, ale to nie Hogwart. Studenckie, beztroskie czasy się skończyły. Każdy z nas się zmienił. Weasleyówna również. Przez swoje życiowe motto "do trzech razy sztuka" miała za sobą trzy nieudane małżeństwa. Po ostatnim mężu, alkoholiku, oznajmiła wszem i wobec, że nie zamierza kolejny raz zaufać facetowi w sprawach miłosnych. Zamknęła swoje serce, nie okazywała żadnych głębszych uczuć, odpychała kolejnych adoratorów i każdego z góry traktowała jak kogoś jej nie wartego. Mimo własnych przeżyć cieszyła się ze szczęścia mojego i Rona, nie skazywała naszego związku z góry na porażkę. Ba, ciągle powtarzała, że będziemy świetną parą i żadne z miłosnych problemów nas nie dotyczy. Kochałam ją za to wsparcie, jakim nas obdarzała.
      Kilka minut po moim przyjściu do domu zaczęła napływać coraz więcej gości. Między innymi moja ruda przyjaciółka. Gospodarz pilnował, żeby żaden z uczestników przyjęcia się nie nudził, ale o Ginny dbał wyjątkowo. Pilnował, by była zawsze w zasięgu jego wzroku i słuchu. Ewentualnie co chwilę zagadywał. Śmiać mi się chciało widząc jego wyraźne zaloty, których Ruda nie dostrzegała, lub nie chciała dostrzec.
     Koło 22 w domu Zabiniego pojawił się Ron. Od razu dostrzegłam jego pomarańczową czuprynę. Niefart chciał, że akurat wesoło rozmawiałam z Draconem. O dziwo nie było to trudne. Mieliśmy kilka wspólnych tematów niezwiązanych z pracą. Mimo wyraźnego niezadowolenia z moich pozytywnych relacji z blondynem, Weasley zrobił dobrą minę do złej gry, chociaż jego ton był sarkastyczny i niepasujący do mimiki.
- Kochanie, gdybym wiedział, że jesteś aż tak zdesperowana, żeby zadawać się z takim dupkiem, przyszedłbym wcześniej - rudowłosy objął mnie zaborczo w pasie i złożył mocny pocałunek na moich włosach. Pachniał dziwnie. Wodą kolońską, potem i lawendą. Odsunęłam się trochę.
- Ron, uspokój się - zrugałam go.
- Panuj nad sobą, Weasley. Chyba dawno nikt cie nie nauczył, jak się odzywa do lepszych - w tym samym momencie Malfoy nie zapanował nad słowami.
- Chyba nie mówisz o sobie, co? - Odgryzł się Ron. - Poza tym nie mówiłem do ciebie, fretko. Rozmawiam z narzeczoną.
     Mina Draco mówiła wyraźnie, co ten myślał o moim związku z rudzielcem.
- Chryste, Granger, to się dopiero nazywa desperacja. Trzeba było się do mnie odezwać. Może bym ci pomógł, kiedy nie było za późno.
- Możemy pogadać? - Weasley złapał mnie za łokieć i wyprowadził do ogrodu. Wokół nikogo nie było. Chłopak z ogromną siłą obrócił mnie w swoją stronę i spojrzał głęboko w oczy. Stałam w pełnym świetle ogrodowej latarni. Za to Ron był niewidoczny z powodu padającego na niego cienia. Ledwo go widziałam. Właściwie tylko zarys szczupłej sylwetki.
- Co jest, Ron? - Poczułam mocniejszy uścisk na łokciu. Zabolało, gdyż powoli był wykrzywiany pod złym kątem tak, by rudzielcowi było wygodniej mnie trzymać. - Auć, Ron, to mój łokieć. To boli! - Cicho zawyłam z bólu.
- Nie ma mnie kilka godzin, a ty już mizdrzysz się do tego dupka? - Warknął wściekły mężczyzna.
- No co ty?! Jak śmiesz? - Oburzyłam się.
- Przecież widzę. W towarzystwie Harry'ego się tak nie śmiałaś, jak teraz. Jak to się stało, że wogóle z nim gadasz?
- Draco... - zaczęłam, ale nie dane mi było skończyć.
- Ach, teraz to Draco. Kiedyś Malfoy, potem tleniona fretka, teraz Draco, a potem co? Dracuś? Kochanie?
     Postanowiłam nie komentować tych śmiesznych podejrzeń. Ron się ośmieszał, a ja nie zamierzałam drążyć tematu. To było poniżające. Nie tylko dla niego, ale i dla mnie.
- Draco jest u mnie na stażu - dokończyłam poprzednią wypowiedź. - To normalne, że się dogadujemy.
     Twarz narzeczonego zdobiło niedowierzanie. Wyglądał jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem, albo zacząć krzyczeć.
- Normalne, że się dogadujecie? - Powtórzył sarkastycznie. - Hermiono, czy ty słyszysz, co wygadujesz? Zapomniałaś już o sześciu latach upokorzenia? Przecież on próbował nas zabić!
     Słowa Weasleya zabolały. To zdarzało się coraz częściej w ciągu ostatniego pół roku. Każdy z uczestników bitwy się zmienił. Niektórzy na lepsze, inni na gorsze. Ja wolałam widzieć w ludziach te dobre cechy. Nawet w Draconie.
- Draco się zmienił. Blaise'owi uwierzyłeś, to dlaczego jemu nie?
- Malfoy to śmierciożerca! - Krzyknął Ronald.
- Już nie! Voldemort nie żyje!
- Ale jego poplecznicy, przynajmniej niektórzy, żyją. Myślisz, że się nie zbierają dalej? Że nie planują odwetu?
- Byliby głupcami - zauważyłam śmiało. - Każdy, kto nadal popiera Voldemorta jest idiotą
- Bo oni są idiotami. I ty także, skoro wolisz śmieciożerców.
- Tego nie powiedziałam
- A właśnie, że tak. Jesteś idiotką, Granger.
       Puściły mi nerwy. Spoliczkowałam narzeczonego z taką siłą, że aż mu głowa odskoczyła w bok. Wściekły Ron opuścił szybko przyjęcie. Zostałam sama na resztę wieczora. Kiedy wróciłam do domu, jego nadal nie było.

1 komentarz:

  1. Super rozdział :)
    Ron niech spada!
    Pozdrawiam i weny życzę :D

    OdpowiedzUsuń